Argument z równi
pochyłej jest oczywiście najsłabszym z argumentów w debacie nad
eutanazją i jej dopuszczalnością, ale gdy czyta się kolejne
doniesienia o kolejnych ofiarach, to trudno do niego nie wrócić.
Ostatnio brytyjskie media poinformowały o nauczycielce sztuki, która
popełniła wspomagane samobójstwo w szwajcarskiej klinice Dignitas,
bo... „miała dość walki ze współczesnym stylem życia”.
Kobieta, którą mediach
przestawiano wyłącznie za pomocą imienia Anne, jak wyjaśniła w
wywiadzie dla „Sunday Times” była zaniepokojona dehumanizacją i
komercjalizacją życia, odczuwała, że media społecznościowe i
komputery niszczą relacje międzyludzkie, a także była zmartwiona
tym zanieczyszczeniem powietrza i przeludnienie w miastach. - Mówią
zaadaptuj się lub giń. W moim wieku czułam, że nie mogę się
zaadoptować, bowiem nowa era nie jest tą, do rozumienia której
zostałam wychowana. Widzę jak wszyscy idą na skróty. Cała
rzeczywistość w starym stylu przestaje istnieć – opowiadała
kobieta w wywiadzie.
I właśnie dlatego
wybrała drogę na skróty do śmierci, zgłaszając się do
Society for Old Age
Rational Suicide (Soars), której założyciel pomógł jej załatwić
własną śmierć w klinikach Dignitas. I aż trudno komentować tej
wybór. Jedno jednak nie ulega wątpliwości: pani Anne jest
nieodrodną córką kultury współczesnej, którą tak mocno
potępia. Jej wybór jest drogą na skróty, ucieczką od
odpowiedzialnością i dowodem na to, że współczesna kultura,
którą – słusznie – tak bardzo krytykuje nie jest w stanie
ukształtować herosów, a jedynie tchórzy, którzy uciekają przed
cierpieniem, bólem, zaangażowaniem, którzy nawet w umieraniu
wybierają drogę na skróty.
Historia ta boleśnie
uświadamia również, że eutanazja staje się już całkowicie
akceptowalnym wyborem. Wyborem, który możemy podejmować z każdego
powodu, a także wyborem (o tym być może później), który mogą
za nas podejmować inni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz