poniedziałek, 22 lutego 2016

In vitro – to wielki ewolucyjny eksperyment. Z potencjalnie dramatycznymi skutkami

In vitro jest wielkim ewolucyjnym eksperymentem, który może mieć poważne skutki dla dzieci poczętych tą metodą – ostrzega biolog ewolucyjny dr Pascal Gagneux z University of California.


Biolog podkreślił, że wciąż nie są znane dłufgoterminowe skutki zapłodnienia in vitro, dla poczętych za jej sprawą dzieci. - Zaangażowaliśmy się w ewolucyjny eksperyment… Mogę to porównać do wprowadzenia wysokosłodzonych syropów kukurydzianych i fast foodów. Gdy je wprowadzano 50 lat temu wydawało się to świetnym rozwiązaniem. Wszystko był zdrowsze i większe, a obecnie mamy w USA pierwsze pokolenie, które jest cięższe, mniejsze i krócej żyje – podkreślał uczony.

I podobnie, ostrzegał, może być z in vitro. Najstarsze osoby poczęte tą metodą mają przecież dopiero 39 lat. Według niego skutki tej metody dla poczętych nią osób mogą być rozmaite. Wymienił wśród nich większą skłonność do cukrzycy, nadciśnienia, a nawet przedwczesnych śmierci. In vitro może także zwiększać prawdopodobieństwo wad serca i układu krążenia.

Wskaźniki, o których mowa, choć mogą mieć różne przyczyny (na przykład jakość spermy czy wiek matek), a niekoniecznie wynikać z samej techniki zapłodnienia, jasno pokazują, że technika zapłodnienia in vitro jest wielkim eksperymentem, który może skazywać powołanych za jego sprawą ludzi na choroby. Nie jest także jasne czy i jakie są skutki tej techniki dla dzieci dzieci nią poczętych, a także dla całej społeczności. Wszystkie te elementy pokazują, że metoda ta powinna zostać zakazana.


Tomasz P. Terlikowski

piątek, 5 lutego 2016

Historyczne spotkanie Franciszka i Cyryla (czyli czasem dobrze się pomylić)

To historyczny moment. Papież Franciszek i patriarcha Moskwy i Wszechrusi spotkają się 12 lutego na Kubie. I choć to trudny dialog, to ma on ogromne znaczenie dla przyszłości świata i chrześcijaństwa.


Jan Paweł II o tym spotkaniu marzył przez całe lata. Benedykt XVI robił wszystko, by do niego doprowadzić, ale udało się to dopiero papieżowi Franciszkowi. Po wielu latach dochodzi do spotkania zwierzchnika Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i papieża. Nie jest przy tym wykluczone, że patriarcha zdecydował się dopiero na spotkanie z papieżem Franciszkiem z powodu jego pochodzenia. Antypolskie fobie rosyjskiego prawosławia uniemożliwiały spotkanie z papieżem Polakiem, który nieustannie podkreślał znaczenie wschodniego płuca chrześcijaństwa. Historia (mimo często deklarowanej i realnej współpracy Niemców i Rosjan) utrudniała spotkanie z Niemcem, który także często odwoływał się do myśli wschodniej. Pochodzenie z Argentyny nie budzi takich emocji, a papież – jak jego poprzednicy – pięknie wypowiada się o prawosławiu. Spotkanie jest więc prostsze.

Trzeba mieć jednak świadomość, że nadal będzie to trudny dialog, to trudno przecenić jego znaczenie. Papież Franciszek i patriarcha Cyryl, choć drogę do tego spotkania zapoczątkowali ich poprzednicy, niewątpliwie przechodzą do historii Kościoła. A symbolicznie to spotkanie może mieć ogromne znaczenie.

Rosyjska Cerkiew Prawosławna bowiem i Kościół katolicki są obecnie najważniejszymi sojusznikami w walce z cywilizacją śmierci (a także – papież Franciszek o wiele chętniej używa tego sformułowania – cywilizacją wykluczenia). Sprzeciw wobec aborcji, eutanazji, homoideologii, chrystianofobii jednoczy prawosławny i katolików, szczególnie w sytuacji, gdy sporo wyznań protestanckich, szczególnie głównego nurtu odchodzi od biblijnej moralności i wpisuje się w logikę świata. Dla katolików jest to także wydarzenie istotne, bo wskazanie przez Matkę Bożą w Fatimie na Rosję uświadamia znaczenie także tego kraju i tamtejszego prawosławia.

Trzeba mieć jednak także świadomość, że spotkanie to, zarówno z politycznego (szczególnie polskiego), jak i eklezjalnego punktu widzenia, wcale nie jest proste. Moskwa (zarówno ta religijna, jak i świecka) będzie próbowała maksymalnie je wykorzystać. Dla Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej kluczowe jest wzmocnienie w obliczu kryzysu ukraińskiego, osłabienie wsparcia dla Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej czy pomijanie w dialogu patriarchatu Konstantynopola. Watykan musi wystrzegać się tego, jak ognia, bowiem znaczenie Kijowa pozostaje jednak dla dialogu istotne. Z punktu widzenia politycznego Polska na wzmacnianiu Moskwy może też wyraźnie stracić, podobnie jak Ukraina. Wiele zależy tu jednak od dyplomacji i ważenia każdego słowa, a także – co akurat niekoniecznie było mocną stroną dyplomacji watykańskiej w rozmowach z ZSRS, a później Rosją – nieustępliwości.

Wszystkie te zastrzeżenia nie powinny przesłaniać znaczenia tego spotkania. Prawosławie i katolicyzm są sobie obecnie najbliższymi wyznaniami. Ich współpraca, szczególnie w obecnej sytuacji międzynarodowej, gdy chrześcijanie stają się głównym przedmiotem ataków, jest niezmiernie istotna. Trzeba się zatem wiele modlić za Ojca Świętego, patriarchę Cyryla i samo spotkanie, tak by owoce tegoż były jak największe.


Tomasz P. Terlikowski

poniedziałek, 1 lutego 2016

Aborcjoniści mają nową broń. Wirus Zika!

Nowy wirus, niegroźny dla większości nim zakażonych, ale niebezpieczny dla dzieci w łonach matek stał się nową bronią w rękach aborcjonistów. Chcą oni, dzięki niemu, zwiększyć liczbę zabijanych dzieci.


Wirus Zika, który wywołuje jakikolwiek efekty u zaledwie dwudziestu procent zakażonych nim, może być jednak (choć na razie nie ma na to wystarczających dowodów) przyczyną małogłowia u dzieci. Naukowcy wskazują na korelacje między pojawieniem się tego wirusa a zwiększoną liczbą narodzin dzieci z mikrocefalią. W 2015 roku liczba takich dzieci zwiększyła się w Brazylii dziesięciokrotnie. Wbrew jednak opiniom nie ma dowodów na to, że przyczyną jest właśnie wirus Zika. To jedynie przypuszczenie, wprawdzie możliwe, ale wcale nie dowiedzione naukowo.

Ten brak pewności w niczym nie przeszkadza jednak aborcjonistom, którzy domagają się, w specjalnej petycji, poszerzenia dostępności do zabijania dzieci w Brazylii. Obecnie jest ono dopuszczalne w tym kraju, gdy dziecko pochodzi z gwałtu lub zagrażać może życiu i zdrowiu matki. Prawo nie dopuszcza natomiast zabijania dzieci z przyczyn eugenicznych (na przykład małogłowia), a właśnie takiego poszerzenia domagają się obecnie brazylijscy (ale nie tylko) aborcjoniści. A amerykańskie media już ich w tym wspierają.

Wszystko to zaś w sytuacji, gdy nie ma twardych dowodów (a jedynie przypuszczenia) na związek między małogłowiem a wirusem Zika. Wirus i ewentualny jego związek ze zwiększeniem liczby niepełnosprawnych dzieci jest więc jedynie „bronią” w walce o zwiększenie liczby zabijanych dzieci. Nie chodzi ani o dobro kobiet, ani o naukę, a o większe zyski klinik aborcyjnych i… poszerzenie listy krajów, w których zabijanie dzieci jest w pełni dopuszczalne.

Nawet gdyby jednak okazało się, że wirus Zika i zwiększona liczba przypadków małogłowia rzeczywiście są ze sobą skorelowane, to i tak nie oznaczałoby to, że prawo powinno być zmienione. Małogłowie nie jest i nie może być wskazaniem do zabijania. Z faktu, że ktoś dotknięty jest takim schorzeniem nie wynika, że przestaje być człowiekiem, i że nie przysługują mu fundamentalne prawa ludzkie, w tym prawo do życia. Nie jest i nie może być usprawiedliwieniem zabicia kogoś fakt, że ma mniejszą głowę, mniejszy mózg, i co za tym idzie może być niepełnosprawny intelektualnie czy fizycznie. Społeczeństwo, które decyduje się na takie działania w istocie przyjmuje rozwiązania nieludzkie i niebezpieczne dla wszystkich. Jeśli to stan zdrowia ma być podstawą przyznania komuś prawa do życia lub jego odebrania, to każdy z nas może – w pewnym momencie – zostać go pozbawiony. Zgodnie z prawem i przy zgodnym chórze zwolenników uznania, że nasza jakość życia jest za słaba, by je kontynuować. Dzieci z małogłowiem, które aborcjoniści chcą zabijać są tylko jednym z pierwszych na liście, po nich przyjdzie czas na następne nienarodzone, a później i narodzone dzieci i dorosłych. Na końcu zaś będzie eutanazizm, który odbiera życie także dorosłym, na przykład z depresją.


Tomasz P. Terlikowski

piątek, 29 stycznia 2016

Bóg jest silniejszy. On daje szansę. Każdemu!




Niezwykłe świadectwo. Polecam!

A ze spotkania papieża i patriarchy Moskwy nadal nici

Wbrew sugestiom części zachodnich mediów nie dojdzie do spotkania papieża Franciszka i patriarchy Moskwy i Wszechrusi podczas ich pielgrzymek do Ameryki Łacińskiej.

Sugestia takie od jakiegoś czasu pojawiają się w zachodnich mediach. Jednym ze znanych watykanistów, które je opublikował był SandroMagister. Jednak Rosyjska Cerkiew Prawosławna zaprzecza takiej możliwości.
- Programy wizyt patriarchy i papieża w Ameryce łacińskiej nie przecinają się – podkreślał w rozmowie z agencją Interfax rzecznik patriarchatu moskiewskiego hieromnich Stefan (Igumnow). - Zwierzchnicy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i Kościoła rzymskokatolickiego będą odwiedzać zupełnie inne kraje, choć znajdujące się na jednym kontynencie – dodał.
O spotkaniu papieża i patriarchy Moskwy mówi się od dawna. Niewątpliwie takie spotkanie było wielkim marzeniem św. Jana Pawła II, ale nigdy do niego nie doszło. Przeszkodą miało być polskie pochodzenie. Jednak, gdy papieżem został Benedykt XVI (jego niemieckie pochodzenie miało być zaletą) także nic się nie zmieniło, a patriarcha nie zdecydował się na spotkanie. Franciszek od samego początku kładł mocny nacisk na relacje z moskiewskim prawosławiem, a było to dla niego na tyle ważne, że długo unikał jasnego określenia konfliktu na Ukrainie. Wiele wskazuje jednak na to, że i jemu nie uda się doprowadzić do spotkania.
Moskwa, jako powody, poda jak zwykle kwestie ukraińskich unitów i ich współpracy z niekanonicznymi Cerkwiami prawosławnymi, a szerzej problem ukraiński. Wiele wskazuje jednak na to, że prawdziwy powód jest inny. Zaangażowanie Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej w dialog ekumeniczny od początku miało motywy polityczne. Komuniści wykorzystywali Cerkiew do budowania własnej polityki, także w ruchu ekumenicznym czy w relacjach z Kościołem rzymskokatolickim. I choć komunizm padł, to w tej kwestii nic się nie zmieniło. Autentyczne relacje, dialog jest więc podporządkowany polityce. Z politycznego punktu widzenia zaś o wiele lepiej jest króliczka gonić, niż go złapać. Spotkanie byłoby jakimś przełomem, tyle, że nie o przełom w tym myśleniu chodzi.
Dodatkowym problemem jest także to, że tożsamość moskiewskiego prawosławia zbudowana jest na silnych antykatolickich i antyrzymskich fobiach i resentymentach. Patriarcha, gdyby zdecydował się na spotkanie z papieżem musiałby się zmierzyć z niezmiernie silną reakcją także wewnątrz własnej Cerkwi.

Tomasz P. Terlikowski

piątek, 16 października 2015

To brak postanowienia poprawy odłącza od Komunii, nie Kościół

Dyskusja na Synodzie przybiera coraz bardziej szokujące formy. Część z hierarchów najwyraźniej nie zna doktryny Kościoła i posługuje się językiem współczesnych mediów.

Tak jest choćby ze sformułowaniem, coraz częściej padającym z ust części hierarchów, że Kościół nie może komuś stale odmawiać Komunii Świętej. Chodzi oczywiście o rozwodników w ponownych związkach, których część zachodnich hierarchów bardzo współczuje. Kłopot polega na tym, że sformułowanie, którego używają biskupi jest zwyczajnie nieprawdziwe. To bowiem nie Kościół odmawia tym osobom Komunii świętej, ale one same pozbawiają się możliwości przystępowania do niej. A powody są dwa. Po pierwsze wstąpiły w związek (a dopiero ponowny związek, a nie sam rozwód, uniemożliwia przystępowanie do Komunii świętej), który nie jest małżeństwem, a zatem akty seksualne w nim podejmowane są cudzołóstwem. A aby ten grzech mógł być odpuszczony konieczny jest nie tylko żal za grzechy, ale także postanowienie poprawy (a z tym wiąże się próba wyjścia z tego związku albo decyzja o życiu w czystości). Jeśli osoba taka nie chce podjąć takiej decyzji, to sama pozbawia się możliwości uczestnictwa w Komunii świętej. Kościół  nie ma tu nic do rzeczy. On jedynie przypomina jakie są zasady, nie przez Niego zresztą ustanowione.

Odejście od tej zasady wymagałoby albo uznania, że ludzie nie są zdolni do podejmowania decyzji i ponoszenia za nie odpowiedzialności (a ostatecznie decyzja o wstąpieniu w ponowny związek, to akt woli, którego można nie podejmować), albo uznania, że małżeństwo w istocie jest rozerwalne (bo tylko w takim wypadku można uznać, że drugie małżeństwo jest – może nieco gorszą – ale jednak przestrzenią, w którym zgodnie z zasadami realizować powołanie do życia w czystości, albo w której akt seksualny nie jest grzechem. Stwierdzenie takie może też oznaczać, że ostatecznie nie uznaje się cudzołóstwa za grzech (a akurat takie opinie można było także usłyszeć z ust części ojców synodalnych). Mocno podkreślił to abp Stanisław Gądecki w swoim wystąpieniu podczas konferencji prasowej. „… żaden autorytet na ziemi nie może rozwiązać związku, który został w sposób ważny zawarty. A więc, rozważając każdy z przypadków osobno i towarzysząc obu stronom z przyjaźnią, trzeba zastanowić się nad ostatecznym pytaniem: co powinno oznaczać owo nawrócenie które miało by być zwieńczeniem drogi pokuty. Dlatego, że jeśli nawrócenie jest tylko w sferze pragnień, emocji i dążeń, to nie jest prawdziwym nawróceniem. Pierwszy związek małżeński jest ważny nawet jeśli pożycie w drugim związku jest piękne i pełne dobra” – zaznaczył arcybiskup.

I aż dziw, że pewna (trudno oczywiście oceniać na ile znacząca część z biskupów) tego nie zauważa. Zaskakiwać może także europocentryczna hipokryzja zwolenników szczególnego traktowania rozwodników czy pozostawiania decyzji w tej sprawie w gestii episkopatów (a takie pomysły też już się pojawiły). Jeśli bowiem rzeczywiście są oni zwolennikami takiego rozwiązania, to warto zadać im pytania, czy są gotowi również oddać decyzje w sprawie poligamistów i Eucharystii dla nich w ręce episkopatów krajów Afryki. Jeśli nie, to są zwyczajnymi hipokrytami, którzy uznają, że tylko problemy Europejczyków warte są zainteresowania, a jeśli tak, to – jak by to łagodnie powiedzieć – nic nie rozumieją z Ewangelii, albo jeszcze bardziej wprost: odrzucają nauczanie Jezusa Chrystusa przekazywane przez Kościół. Na szczęście nie brak na synodzie także hierarchów, którzy bronią katolickiej prawdy o rodzinie. Szkoda tylko, że zamiast pogłębiać nauczanie św. Jana Pawła II (a także Piusa XII, który – o czym często się zapomina miał niezwykle ciekawe katechezy do małżonków) ortodoksyjni biskupi muszą zajmować się prostowaniem herezji (bo w niewiedzę nie wierzę) swoich słabo wierzących kolegów.


Tomasz P. Terlikowski

wtorek, 6 października 2015

Rozmywanie, a nie inkulturacja

To dopiero początek Synodu i wiele w jego trakcie może się jeszcze zdarzyć, ale nie sposób nie dostrzec niepokojących sygnałów. Jednym z nich jest dziwaczna wypowiedź przewodniczącego episkopatu Kanady.

Wedle arcybiskupa Paula-André Durochera problemem dla wielu współczesnych ludzi ma być już słowo „nierozerwalność”, równie skomplikowane – jego zdaniem –  jak „transsubstancjacja”.  Nie zawsze jest ono zrozumiałe dla ludzi, którzy wolą raczej mówić po prostu o „wierności” małżeńskiej. Konieczna jest więc praca nad językiem, będąca w istocie inkulturacją wiary – wyjaśniał arcybiskup.

I szczerze mówiąc trudno tych słów nie traktować jak rozmywania rzeczy najzupełniej oczywistych. Termin „nierozerwalność” jest niezmiernie prosty. Oznacza on, że małżeństwa nikt i nic nie może rozerwać. Nie ma władzy na niebie i ziemi, która jest w  stanie zerwać małżeństwo ważnie zawarte. Nie ma w takiej definicji czy w samym tym słowie nic niezrozumiałego, nie funkcjonują w nim terminy zakorzenione w scholastycznej filozofii czy teologii. Jest podstawowa prawda o małżeństwie. Zastąpienie tego terminu innym niczego by nie rozwiązywało, bo nie ma innego, który byłby lepszy. Wierność znaczy coś innego, niż nierozerwalność, i nie widać najmniejszych powodów, by termin lepszy, bardziej adekwatny, zastępować innym, z innego porządku i znaczącym nieco co innego.

Zastąpienie słowa jasnego i oczywistego innym, gorszym rodzi podejrzenia, że niestety nie chodzi tu o inkulturację, ale o takie przedstawienie doktryny, z której wyeliminujemy to, co jest w niej zgorszeniem dla współczesnego człowieka. Na wierność jest on się w stanie zgodzić (szczególnie czasową), ale już nierozerwalność małżeńska jest dla niego czymś nieakceptowalnym. Zmiana języka Kościoła oznaczałaby więc zwycięstwo ducha czasu nad Duchem Świętym, i nie miałaby wiele wspólnego z inkulturacją, a raczej z rozmywaniem jasnego nauczania Kościoła.


Tomasz P. Terlikowski