To dopiero początek
Synodu i wiele w jego trakcie może się jeszcze zdarzyć, ale nie sposób nie
dostrzec niepokojących sygnałów. Jednym z nich jest dziwaczna wypowiedź przewodniczącego
episkopatu Kanady.
Wedle arcybiskupa
Paula-André Durochera problemem dla wielu współczesnych ludzi ma być już słowo
„nierozerwalność”, równie skomplikowane – jego zdaniem – jak „transsubstancjacja”. Nie zawsze
jest ono zrozumiałe dla ludzi, którzy wolą raczej mówić po prostu o „wierności”
małżeńskiej. Konieczna jest więc praca nad językiem, będąca w istocie
inkulturacją wiary – wyjaśniał arcybiskup.
I szczerze mówiąc trudno
tych słów nie traktować jak rozmywania rzeczy najzupełniej oczywistych. Termin „nierozerwalność”
jest niezmiernie prosty. Oznacza on, że małżeństwa nikt i nic nie może
rozerwać. Nie ma władzy na niebie i ziemi, która jest w stanie zerwać małżeństwo ważnie zawarte. Nie
ma w takiej definicji czy w samym tym słowie nic niezrozumiałego, nie
funkcjonują w nim terminy zakorzenione w scholastycznej filozofii czy teologii.
Jest podstawowa prawda o małżeństwie. Zastąpienie tego terminu innym niczego by
nie rozwiązywało, bo nie ma innego, który byłby lepszy. Wierność znaczy coś
innego, niż nierozerwalność, i nie widać najmniejszych powodów, by termin
lepszy, bardziej adekwatny, zastępować innym, z innego porządku i znaczącym
nieco co innego.
Zastąpienie słowa jasnego
i oczywistego innym, gorszym rodzi podejrzenia, że niestety nie chodzi tu o
inkulturację, ale o takie przedstawienie doktryny, z której wyeliminujemy to,
co jest w niej zgorszeniem dla współczesnego człowieka. Na wierność jest on się
w stanie zgodzić (szczególnie czasową), ale już nierozerwalność małżeńska jest
dla niego czymś nieakceptowalnym. Zmiana języka Kościoła oznaczałaby więc
zwycięstwo ducha czasu nad Duchem Świętym, i nie miałaby wiele wspólnego z
inkulturacją, a raczej z rozmywaniem jasnego nauczania Kościoła.
Tomasz P. Terlikowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz