poniedziałek, 28 września 2015

Rozdarcie

Jestem rozerwany. Z jednej strony zachwyciło mnie wezwanie do rzeczy małych w homiliach Ojca Świętego, a z drugiej zastanawia brak mocnego, nie tylko w symbolach, ale także w słowach wsparcie dla walki o normalną rodzinę i życie ludzkie.

Takich słów w ustach Ojca Świętego nigdy za wiele. - Świętość jest zawsze związana z małymi gestami. „Kto wam poda kubek wody w imię moje, nie utraci swojej nagrody”, mówi Jezus (por. Mk 9,41). Tych małych gestów uczymy się w domu, w rodzinie; gubią się one pośród wszystkich innych rzeczy, jakie robimy, ale sprawiają, że zmianie ulega dzień powszedni. Są to ciche rzeczy dokonywane przez matki i babki, przez ojców i dziadków, przez dzieci. Są to małe oznaki czułości, miłości i współczucia. Jak ciepła kolacja, na jaką cieszymy się wieczorem, wczesny obiad czekający na kogoś, kto wstaje wcześnie, aby iść do pracy. Swojskie gesty. Jak błogosławieństwo zanim położymy się spać czy też uścisk, gdy wracamy po ciężkim dniu pracy. Miłość ukazuje się przez małe rzeczy, przez dbałość o małe codzienne znaki, które sprawiają, że czujemy się jak w domu – mówił papież. I to zachwyca.
Ale z drugiej strony wciąż mnie zastanawia, dlaczego nie było wsparcia dla tych katolików, którzy walczą o nierozerwalność małżeństwa czy o to, by nie nazywać nim czegoś, co nie jest i nie może nim być. Tak wiem były pewne odwołania, były pewne gesty, ale nie brzmiało to z mocą proroka, którym papież potrafi przecież być.
Tomasz P. Terlikowski

środa, 23 września 2015

Franciszek: Pozostawmy świat z rodzinami

Za takie właśnie kazania kocham Franciszka. Za to jego ciepło i skoncentrowanie na tym, co codzienne, zwyczajne, normalne. I za to, że podczas wielkich spotkań mówi o zwyczajnych, przyziemnych rzeczach, które budują świętość. 

„To w domu uczymy się braterstwa, solidarności i aby nie być aroganckimi. To w domu uczymy się przyjmowania i dziękowania za życie będące błogosławieństwem oraz tego, że każdy potrzebuje innych, aby się rozwijać. To w domu doświadczamy przebaczenia i jesteśmy stale zapraszani do przebaczania, do tego, aby dać się przemieniać. To w domu nie ma miejsca na „maski”, jesteśmy tymi, kim jesteśmy i w taki czy inny sposób jesteśmy wezwani do szukania tego, co najlepsze u innych” – mówił papież podczas spotkania z rodzinami na Kubie.  
„Bez rodziny, bez ciepła ogniska domowego życie staje się puste, zaczyna brakować sieci, które podtrzymują nas w chwilach nieporozumień, karmią nas w codzienności i pobudzają do walki o pomyślność. Rodzina ratuje nas od dwóch obecnych zjawisk: podziałów i umasowienia. W obu przypadkach osoby zamieniają się w jednostki odizolowane, którymi łatwo manipulować i sterować. Społeczeństwa podzielone, rozerwane, rozdzielone lub w najwyższym stopniu umasowione są następstwem zerwania więzi rodzinnych, gdy traci się relacje, które tworzą nas jako osoby, które uczą nas bycia osobami. Zapomina się, jak się mówi "tato", "mamo", "dziadku", "babciu", a to są podstawowe relacje” – dodawał.

I wreszcie słowa, które – przynajmniej mnie – urzekły. „Wiele się dyskutuje o przyszłości, o tym, jaki świat chcemy pozostawić naszym dzieciom, jakiego społeczeństwa dla nich chcemy. Sądzę, że jedną z możliwych odpowiedzi da się znaleźć, spoglądając na was: pozostawmy świat z rodzinami. Oczywiście, nie ma rodziny doskonałej, nie ma małżonków doskonałych, rodziców doskonałych ani doskonałych dzieci, nie przeszkadza to jednak, aby były odpowiedzią na jutro. Bóg pobudza nas do miłości, a miłość zawsze angażuje się z osobami, które kocha. Dlatego troszczmy się o nasze rodziny, prawdziwe szkoły dnia jutrzejszego. Troszczmy się o swe rodziny, będące prawdziwymi przestrzeniami wolności. Troszczmy się o swe rodziny – prawdziwe ośrodki człowieczeństwa”.

 Amen! Amen! Niech tak będzie.

poniedziałek, 21 września 2015

Diagnoza Franciszka: Pełzająca trzecia wojna światowa

- Świat potrzebuje pojednania w tej atmosferze pełzającej «trzeciej wojny światowej», w jakiej żyjemy – mówił podczas wizyty na Kubie Ojciec Święty Franciszek. I to jest diagnoza, którą trzeba podjąć.

Jeśli szukać diagnozy obecnej sytuacji geopolitycznej, to trudno nie podjąć tej, którą podczas wizyty na Kubie – sformułował Ojciec święty Franciszek. Papież mówił tam o „atmosferze pełzającej III wojny światowej”, którą przezwyciężyć można tylko pojednaniem. W słowach tych trzeba zaś doszukiwać się nie tyle prostego powtórzenia tezy amerykańskich neokonserwatystów, którzy wojnę z islamizmem nazywają „IV wojną światową”, ile głęboką diagnozę sytuacji, która obejmuje nie tylko wojnę na Bliskim Wschodzie, Państwo Islamskie, głębokie zmiany społeczne w Europie, ale także wojny w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji.

Papież winę za nie wszystkie, i to wielokrotnie, składał na nieludzki system, u którego podstaw leży wyłącznie troska o pieniądze, a nie o człowieka. Odrzucając szacunek dla natury (i nie oznacza to tylko przyrody) porzucamy drogę ludzką, i skupiamy się na realizacji celów, z których cieszyć się może tylko zły duch. A jaka jest droga wyjścia? Ją także w tych słowach wskazał papież Franciszek. Jest nią charyzmat pojednania. Do pojednania zaś wzywała nas Matka Boża w La Salette. Nie mniej istotne dla zakończenia tej wojny jest jednak także podjęcie wezwania Matki Bożej Różańcowej z Fatimy. Ona wzywała nas do pokuty i różańca, a także kultu swego Najświętszego Serca. Innej drogi budowy pokoju nie ma. Bóg zaś i tak doprowadzi nas do swojego celu, tyle, że jeśli nie będziemy się modlić i pokutować zrobi to – pozwalając, by nasze czyny miały skutki – drogą cierpienia i wojny. I wiele wskazuje, że w ten okres właśnie wchodzimy.


Tomasz P. Terlikowski

sobota, 19 września 2015

Technologia nie wybawia od śmierci!

Zamrożenie głowy 23-letniei Kim Suozzi, która zmarła w 2012 roku na raka mózgu ma umożliwić jej technologiczne „życie wieczne”. Tak przynajmniej przekonują specjaliści z Alcor.

Nie, nie będę się z tego natrząsał. Ludzie uciekają w różne nadzieje, byle tylko nie pogodzić się z własną śmiertelnością i nie zwrócić do Jezusa, który jako jedynym może dać im życie wieczne. Trudno jednak nie zająć się historią, zaprezentowaną w dość łzawym stylu przez „New York Timesa”, bowiem jak w soczewce skupiają się w niej niemal wszystkie cechy naszej współczesności i jej stosunku do wiary. 23-letnia Kim umarła na raka mózgu, ale jej głowę zamrożono (za 80 tysięcy dolarów), bowiem eksperci od transhumanizmu przekonali ją, że kiedyś w przyszłości dane z jej mózgu będzie można przerzucić do komputera, który stanie się siedzibą jej świadomości. Jej nowym ciałem stanie się zaś robot obsługiwany przez komputer.

Absurdalne? Niestety tak. I to nie tylko z punktu widzenia teologii, ale także neurobiologii, co doskonale w znakomitym tekście „The Falsce Science ofCrionics” zamieszczonym na łamach „Technology Review” pokazał Michael Hendricks z  McGill University. Istotne są także pytania filozoficzne, które wzmiankuje w tekście neuronaukowiec, czyli fundamentalny problem, czy sama świadomość jest człowiekiem? Jakie znaczenie ma nasza cielesność dla naszej świadomości? I wreszcie czy można być tym samym człowiekiem bez ciała, i w dwóch zupełnie różnych wydaniach. Nasza intuicja jest tu absolutnie jednoznaczna, i co ciekawe zgodna z odkryciami neuronaukowców: cielesność ma znaczenie, a mózg nie jest i nie może być traktowany jako samodzielny podmiot, czy jako zadziwiająco pojemny dysk twardy z danymi świadomości. Niewiarygodnie (choć to akurat może się zmienić) brzmią również zapewnienia o tym, że w dającej się przewidzieć przyszłości uda się zbudować komputer, który pomieści na swoim twardym dysku dane z naszego mózgu. Szacowana jego zawartość to bowiem… 1.3 miliarda terabajtów, a wszystkie twarde dyski świata mają mniej więcej 2.6 miliarda terabajtów pamięci.

Wszystko to nie pozostawia wątpliwości, że bajania transhumanistów czy „ekspertów” od zamrażania, by zachować życie, można włożyć między bajki. Bajki te są jednak niezmiernie groźne, bowiem pozwalają ludziom uciekać od świadomości śmierci. Ta zaś, wbrew temu, co może się wydawać, ma znaczenie, bowiem ustawia życie moralne, uświadamia, że czas ma znaczenie, i że nic nie jest nieskończone, i wreszcie pozwala człowiekowi doświadczyć swojej ograniczoności. „Ludzka” technologiczna nieśmiertelność byłaby zresztą, co doskonale pokazał Michel Houellebecq śmiertelną nudą, z której każdy chciałby uciec, a nie wiecznym szczęściem. To ostatnie znaleźć można, i nie ma tego, co ukrywać, nie w technologii, nie w oszustwach, ale w… chrześcijaństwie, które oferuje nie tyle przerzucenie naszej tożsamości na komputer, czy jakieś wieczne uduchowienie, ale wieczność we własnym zmartwychwstałym ciele. Transhumanizm jest kolejną próbą odebrania ludziom tej nadziei i zastąpienia jej fałszem „wybawienia od śmierci przez technologię”. I właśnie dlatego jest tak bardzo niebezpieczny.


Tomasz P. Terlikowski

środa, 14 stycznia 2015

Pigułka śmierci. Trochę wiedzy wystarczy, by nie dać się okłamywać



- Ellaone nie ma działania wczesnoporonnego – zapewniają kolejni eksperci. A za nimi tę bzdurę (tak to trzeba nazwać) powtarzają rozpalone celebrytki (celebryci też, bo jak słusznie wskazała Agata Puścikowska jedyną grupą, która na tych tabletkach skorzysta będą faceci – ja bym dodał rozpustni faceci) i politycy. Problem polega tylko na tym, że aby sfalsyfikować tę tezę nie trzeba być lekarzem, a wystarczy jedynie minimalna znajomość kobiecego cyklu. Tej jednak antykopcjoniści są pozbawieni, choć wciąż opowiadają o konieczności edukacji seksualnej. Dla nich więc krótka lekcja kobiecej płodności.

Drogie Oświecone Panie i Drodzy Oświeceni Panowie. Otóż gdyby było tak, jak opowiadają eksperci, że pigułka Ellaone działa tylko zatrzymując czy opóźniając owulację, to byłaby ona wysoce nieskuteczna. A powód jest niezmiernie prosty, otóż kobieta może zajść w ciążę nie tylko, gdy stosunek odbył się krótko przed owulacją (wtedy rzeczywiście pigułka opóźnia ją), ale z również w trakcie owulacji, i kilka dni po niej. Mechanizm zatrzymania owulacji nie może więc być przyczyną „zapobiegania ciąży” w obu ostatnich przypadkach. A jeśli nie działa wtedy zatrzymanie owulacji, bo do niej doszło, przed – jak to ładnie określają „eksperci” – „niezabezpieczonym stosunkiem”, to jej opóźnienie nic nie da, bo już jest po zawodach. I co wtedy? Odpowiedź jest prosta, i jeszcze kilka lat temu można ją było przeczytać w polskich ulotkach, ale ostatnio informacja ta znikła (choć, jeśli chwilę poszukać, to błyskawicznie można ją znaleźć na stronach angielskojęzycznych). Otóż w takiej sytuacji działa mechanizm, który przeciwdziała zagnieżdżeniu się zarodka w wyściółce macicy. A to oznacza, że poczęte już dziecko zostaje usunięte z organizmu matki i w ten sposób zabite. 

Na rynku polskim tę informację raczej się ukrywa. A powód jest niezmiernie prosty. Otóż po pierwsze pigułki wczesnoporonne w Polsce, zdaniem choćby prof. Andrzej Zolla, przy obecnie obowiązującym prawie powinny być zakazane w ogóle, bowiem nasz system chroni życie od poczęcia. Drugi powód jest równie oczywisty. Większość Polaków niechętnie podchodzi do aborcji, jasne powiedzenie, że ellaone jest pigułką śmierci raczej nie przyczyniłoby się do jej szczególnej popularności. Jeśli więc nie chce się problemów to lepiej ukryć fakty. A jako że nasi jaśnie oświeceni postępowcy o ludzkiej płodności wiedzy nie mają (bo nauczono ich jedynie brać pigułki, ewentualnie wciągać na siebie gumowe skafanderki), to można im ściemniać do woli. Jedynym problemem są wredni katole, którzy nie tylko znają się na płodności, ale do tego umieją czytać ze zrozumienie. Ale ich zawsze można próbować zakrzyczeć. I to się właśnie dzieje. 

piątek, 14 listopada 2014

Homo-konkubinaty koniem trojańskim rozkładającym życie społeczne!

Są rzeczy, o których wciąż na nowo trzeba przypominać. I dobrze, że są hierarchowie katoliccy, którzy mają odwagę to robić. Ostatnim tego przykładem jest mocna wypowiedź kard. Angelo Bagnasco na temat rzekomego prawnego kompromisu w kwestii homo-konkubinatów.

Kardynał przypomniał ostro, że plany włoskiego rządu, który próbuje wprowadzić do prawa związki osób tej samej płci, określając je mianem „kompromisowych”, są w istocie „koniem trojańskim”, który ma umożliwić mocne zmiany we włoskim życiu społecznym i prawie.
- To nieodpowiedzialne osłabianie rodziny poprzez tworzenie nowych, prawnych rozwiązań służących kulturowemu i społecznemu pomniejszaniu wartości fundamentalnych dla osoby ludzkiej – mówił kardynał w mocnym wywiadzie dla „Corrirere della Sera”.
Hierarcha podkreślił, że doświadczenia z zagranicy nie pozwalają na wątpliwości: rozróżnienia między „małżeństwami” a homokonkubinatami są pozorne, i służą jedynie ukrywaniu przed ludźmi prawdziwych celów zmian. Mówienie o homokonkubinatach jest więc jedynie rodzajem „konia trojańskiego”.
Kard. Bagnasco ostro protestował także przeciwko używaniu przez homo-aktywistów do swoich celów dzieci. - One nie istnieją by zaspokajać pragnienia dorosłych, ale są najbardziej wrażliwymi i delikatnymi osobami, które mają prawo do posiadania ojca i matki – mówił kardynał. 

Tomasz P. Terlikowski

piątek, 24 października 2014

Synod prawdziwy, a nie medialny, czyli otwartość na życie i wielodzietność jest normą!

Gdy powoli opada już pył po wykreowanym w mediach synodzie nadchodzi czas, by zająć się tym prawdziwym. A on niewiele ma wspólnego z doniesieniami medialnymi i tym, co opowiadali liberalni i nieortodoksyjni hierarchowie. Część z zawartych w nim tez może zaszokować dotkniętych mentalnością antykoncepcyjną katolików.


Takim fragmentem są te słowa poświęcone otwartość na życie. Trudno w nich znaleźć choćby ślady liberalizmu, zamiast tego mamy w nim niezwykle mocne potwierdzenie wartości otwarcia na życie. „Otwarcie na życie jest istotnym wymogiem miłości małżeńskiej” - podkreślają Ojcowie Synodu.

Znaczenie tych fragmentów można zrozumieć dopiero, gdy przeczyta się je w całości. „Nietrudno stwierdzić szerzenie się mentalności, sprowadzającej rodzenie życia do zmiennej planowania indywidualnego lub pary małżeńskiej. Czynniki o charakterze ekonomicznym odgrywają rolę niekiedy rozstrzygającą, przyczyniając się do silnego spadku przyrostu naturalnego, co osłabia tkankę społeczną, zagraża więzi między pokoleniami i czyni mniej pewnym spojrzenie w przyszłość. Otwarcie na życie jest istotnym wymogiem miłości małżeńskiej. W świetle tego Kościół popiera rodziny przyjmujące, wychowujące i otaczające miłością dzieci inaczej uzdolnione. Również w tym kontekście należy wyjść od wysłuchania osób i przyznać słuszność pięknu i prawdzie bezwarunkowego otwarcia na życie jako tego, czego potrzebuje miłość ludzka, aby była przeżywana w pełni. To na tych podstawach może się wspierać właściwe nauczanie naturalnych metod odpowiedzialnego przekazywania życia. Pomaga to przeżywać w sposób zgodny i świadomy wspólnotę między małżonkami we wszystkich jej wymiarach, wraz z odpowiedzialnością za rodzenie. Odkryto na nowo orędzie encykliki "Humanae vitae" Pawła VI, która podkreśla potrzebę poszanowania godności osoby przy moralnej ocenie sposobów regulacji urodzin” - czytamy w punktach 57 i 58.

Co oznaczają te słowa? Odpowiedź jest niezwykle prosta. Otóż Ojcowie Synodu stwierdzili wprost, że w pełni przeżywana miłość małżeńska wymaga pełnego otwarcia na życie, i że z tej podstawy wyczytać można dopiero zasady odniesienia do NPR. Ten ostatni jest dopuszczalny, ale nie jako katolicka metoda unikania otwarcia na życie, ale jako wyjątek – wymagający usprawiedliwienia – od normy jaką jest płodność małżeństwa. Otwartość na życie (i często, choć z różnych powodów zdrowotnych czy życiowych nie zawsze – związana z nim wielodzietność) jest zatem dla Kościoła normą. A unikanie poczęcia, świadome uleganie mentalności antykoncepcyjnej jest czymś, co przeszkadza w pełnej realizacji ludzkiej miłości. Ciekawe, że akurat te słowa, jakimś dziwnym trafem, nie dotarły do opinii publicznej, że nikt się nimi nie zainteresował, a media nie wybiły ich na czołówki? Czyżby dlatego, że słowa te są niezgodne z obrazem jaki został wytworzony przez media, synodu liberalnego i odstępującego od doktryny? Niezależnie od odpowiedzi na te pytania jedno pozostaje oczywiste: trzeba czytać same dokumenty zamiast zadowalać się doniesieniami mediów.

Tomasz P. Terlikowski